.linkwithin_posts a div { -webkit-border-radius: 10px; -moz-border-radius: 10px; border-radius: 10px; }

Linia R od Pharmaceris, czyli jak mama walczyła z trądzikiem różowatym:)

Witajcie! Dawno mnie tu nie było, głównie z powodu braku czasu. Dziś jednak chciałabym Wam przybliżyć nieco informacji na temat produktów marki Pharmaceris przeznaczonych do cery z trądzikiem różowatym. Linia oznaczona jest literą R. Zestaw otrzymałam dzięki zgłoszeniu na blogu Subiektywnej. Na początku muszę zaznaczyć najważniejszy fakt, to nie ja używałam kosmetyków, ale moja mama. To ona boryka się z tego typu trądzikiem już długi czas. Tak jak wspomniałam w zgłoszeniu, raz jest lepiej raz gorzej. Gorzej jest zwłaszcza w sytuacjach stresowych no i właśnie teraz, w sezonie grzewczym. 
Najprościej i najbardziej czytelnie będzie, jak przedstawię/zestawię to co na temat linii mówi producent z tym, co faktycznie na twarzy mamy się zadziało. No to zapraszam. 
Cytat pochodzi ze strony producenta:

"Żel oparty na wyjątkowo łagodnej bazie myjącej nie zawierającej mydła, zachowuje równowagę fizjologiczną skóry nie naruszając naturalnej bariery ochronnej naskórka. Skutecznie usuwa zanieczyszczenia i zmywa makijaż nie podrażniając i nie wysuszając skóry. Alantoina oraz D-pantenol zmniejszają skłonność do reakcji zapalnych, łagodzą podrażnienia i zaczerwienienia. Wosk z mango o właściwościach odżywczych i nawilżających eliminuje uczucie suchości i zapobiega uczuciu nadmiernego napięcia naskórka. Preparat o wysokiej tolerancji."

Żel, którego zdjęcie widzicie poniżej, jest ulubionym produktem mamy, dlatego od niego zaczynam:) Mimo, iż ten otrzymany od marki już się skończył, mama zakupiła już drugie opakowanie i aktualnie cały czas go używa. Żel jest cudownie delikatny, nawet dla wrażliwych oczu. Delikatnie, ale skutecznie zmywa makijaż i nie powoduje pieczenia, w momencie gdy na jej twarzy znajdują się ranki. To chyba coś czego  poszukują również osoby ze "zwykłym" trądzikiem, czyli coś bardzo delikatnego, a jednocześnie fajnie oczyszczającego. No i co najważniejsze- nie powoduje przesuszenia. Wiem, co się dzieje na skórze z trądzikiem, kiedy się ją nadmiernie wysuszy kosmetykami przeznaczonymi dla cer trądzikowych. Gruczoły łojowe zaczynają szaleć, aby ją nawilżyć i natłuścić, zaczyna się zapychanie, itp. itd. No nic przyjemnego. Dlatego ten produkt mogłabym polecić również osobom borykającym się z trądzikiem pospolitym.

"Wyjątkowe połączenie składników aktywnych skutecznie łagodzi i przeciwdziała procesom zapalnym towarzyszącym trądzikowi różowatemu poprawiając kondycję i wygląd skóry. Krem wzmacnia i uszczelnia naczynka krwionośne zmniejszając stopień zaczerwienienia skóry. Zawarty w recepturze piroktonian olaminy wykazuje działanie antybakteryjne i wspomaga ustępowanie istniejących zmian grudkowo-krostkowych. Przywraca równowagę mikroflory naskórka zapobiegając nawrotom dolegliwości. D-pantenol oraz alantoina łagodzą podrażnienia, trwały i napadowy rumień oraz zmniejszą tendencje do nadrekatywności skóry na czynniki zewnętrzne. Wosk z oliwek wzmacnia barierę hydrolipidową naskórka oraz zapewnia odpowiednie nawilżenie i natłuszczenie. Systematyczne stosowanie preparatu zapobiega utrwalaniu się zaczerwień"

Krem multikojący mama stosowała na dzień pod makijaż. Krem sam w sobie był bardzo fajny, jedynym minusem było to, że nie zgrywał się ze wszystkimi podkładami (inna sprawą jest to, ze moim zdaniem mama używa kiepskiego podkładu:p). Faktycznie stosowany samodzielnie, sprawia, ze skóra nie jest aż tak zaczerwieniona, genialnie dba o to żeby jej nadmiernie nie przesuszyć, co zawdzięcza zapewne zawartości wosku z oliwek. Jednocześnie wykazuje działanie antybakteryjne, hamuje więc namnażanie bakterii, które przyczyniają się do rozwoju niespodzianek. Ciężko jej było jednoznacznie stwierdzić czy bardziej przypadł jej do gustu krem na noc czy na dzień. Stosowała przez ostatni czas tylko te produkty. Skóra naprawdę nie tylko w jej subiektywnym odczuciu wygląda lepiej. Ja też to widzę. Naprawdę jest lepiej. Dlatego nie będę tu pisać o cudownym działaniu pojedynczego produktu, bo stosując 3 produkty na raz, nie wiem czy ich siła tkwi właśnie w tym, że są stosowanie regularnie, razem i przez dłuższy czas, czy też jeden z nich jest jakiś wybitnie redukujący ten typ trądziku. Na pewno jeśli chodzi o redukcję rumienia, mama większe zasługi przypisuje jednak kremowi na noc, o którym za chwilę. 
"Komplementarne działanie 3 składników aktywnych InnoTetrapeptideTMekstraktu z liści drzewa oliwnego oraz tioproliny ukierunkowane jest na hamowanie zaburzeń skórnych towarzyszących trądzikowi różowatemu. Wpływa jednocześnie na detoksykację (usuwania toksyn z komórek skóry), wspomagając intensywną regenerację oraz odżywienie, zmniejszając stopień nasilenia zmian grudkowo-krostkowych oraz widoczność teleangiektazji. Krem zmniejsza trwałe zaczerwienienia skóry oraz widoczność naczyń krwionośnych. Receptura kremu zawierająca jony wapnia Calm-CalciumTM Ca2+ koi i łagodzi podrażnienia. D-pantenol, olej Canola alantoina wspomagając działanie łagodzące, zmniejszają tendencję do nadreaktywności skóry na czynniki zewnętrzne. Olej z czarnych porzeczek przywraca zaburzoną, fizjologiczną równowagę skóry i wpływa na ujędrnienie i uelastycznienie naskórka. Preparat działa antybakteryjnie, zmniejsza uczucie pieczenia i swędzenia skóry w obrębie zmian oraz zapobiega ich nawrotom. Zapewnia odpowiednie nawilżenie, niwelując objawy fizjologicznego stresu i zmęczenia."

Krem redukujący zaczerwienienia jest przeznaczony do stosowania na noc. Jak widać w opisie producenta zawiera naprawdę fajne substancje aktywne. Mi najbardziej (jako olejkowej maniaczce:p) podoba się zawartość oleju z czarnych porzeczek, który już od jakiegoś czasu jest na mojej wishliscie, a którego nie miałam jeszcze przyjemności stosować. Zawarte w kremie jony wapnia są wykorzystywane również w kosmetykach przeciwzmarszczkowych, co bardzo się mamie spodobało:) Krem ma działanie antybakteryjne i jak jego przeznaczony do stosowania na dzień krewny, jednocześnie nawilża i dba o to, żeby cera nie została podrażniona. Tak jak pisałam, to jemu mama przypisuje tę szczególną właściwość widocznego redukowania rumienia.  Ten krem mama również zamierza stosować dalej. Ponieważ tak naprawdę od wakacji nic innego nie stosuje, nie robiła też dłuższych przerw od tych produktów (no może oprócz kremu multikojącego) ciężko odnieść się do tego czy zmiana stanu skóry po takiej kuracji utrzymuje się dłużej. 
Recenzję zakończyłabym refleksją mamy i właściwie dużym ubolewaniem nad tym, że z tej serii nie ma toniku. Gdyby był, na pewno by go wypróbowała. Ja sama zastanawiam się nad zakupem żelu także do mojej cery. Może trądzik nie dokucza mi już tak jak kiedyś,ale sezon grzewczy to dla mnie nadal koszmar. Coś tak delikatnego i ochronnego przydałoby mi się na pewno. Nie wiem czy ta seria cieszy się zainteresowaniem. Wyobrażam sobie, że tak naprawdę trądzik różowaty nie jest aż tak dużym problemem, jak trądzik pospolity (w sensie częstości występowania). Bo tak naprawdę w kwestii uciążliwości na pewno trądzikowi "zwykłemu" dorównuje.  Wciąż do wyboru jest niewielkie spektrum produktów, naprawdę ciężko jest iść do sklepu/apteki i mieć w czym wybierać. Mama do tej pory zazwyczaj brała to, co było, a było tego niewiele. Dlatego też czuję się zobowiązana podziękować marce Pharmaceris,  no i oczywiście Subiektywnej, za możliwość testowania przez mamę tych produktów.  Dziękuję bardzo! 
;)

Energising body scrub od Love Me Green.

Po dosyć długiej przerwie  wracam z nowym postem. Dziś chciałabym Wam powiedzieć co nieco na temat peelingu od Love Me Green, który ostatnimi czasy stał się moim ulubieńcem i ratunkiem. Nie wiem czy wiele z Was boryka się z takim problemem, bo ja miewam go notorycznie mimo regularnego  używania peelingów. Chodzi o wrastające włoski (brrr..). Koszmar. O ile w zimne dni nie jest to jakimś strasznym problemem, o tyle latem już tak. 
Podczas wakacyjnego wyjazdu  było to moją zmorą. Do tego miałam wrażenie, że przyczyniła się do tego w dużej mirze nieodpowiednia (choć droga i długo wybierana) maszynka. Peelingi Joanny już nie pomagały, no i wtedy wyciągnęłam z szuflady peeling od Love Me Green, który doprowadził moje nogi do porządku:) Poniżej kilka słów od producenta: 

"Zmysłowy peeling do eksfoliacji skóry ciała. Eliminuje martwe komórki naskórka. Wspomaga odnowę komórkową, poprawia krążenie, sprzyjając eliminacji toksyn, wygładza naskórek, który staje się miekki I delikatny. Daje uczucie świeżości".

Peeling cudnie wygładza i nawilża jednocześnie. Początkowo chciałam używać go na twarz bo skład jest tak wartościowy, ze aż szkoda było mi zużyć go jedynie na ciało (bądź co bądź, to jedyne 200 ml). Na twarz jednak okazał się zbyt mocny. To naprawdę dobry zdzierak. Peeling ma niesamowity zapach, bardzo relaksujący zapach pomarańczy, coś wspaniałego:) 

Minusem peelingu jest jego cena, za 200 ml cena wyjściowa wynosi 79 zł. Teraz jest on dostępny w promocji za 54, 90 zł (niestety to też sporo:(). Nie mniej nic tak dobrze się z moim problemem nie uporało, więc ja osobiście zamierzam do niego wracać. 

Skład jest widoczny na zdjęciu, a teraz czego w peelingu NIE znajdziemy:

Produkt nie zawiera:
  • parabenów
  • Phenoxyethanol
  • Silikonów
  • EDTA
  • Olejów mineralnych pochodzących z przemysłu petrochemicznego
  • Dodatkowo:
Zapach otrzymywany jest na bazie naturalnych wyciagów roslinnych
Produkt testowany dermatologicznie
Nie testowany na zwierzętach
Produkt posiada certyfikat Ecocert.
Tak więc podsumowując, jeśli macie problemy z wrastającymi włoskami, szczerze polecam ten produkt. Jeśli ich nie macie, też to go polecam, bo jest po prostu świetny peeling;) 
Macie  swoich ulubieńców od Love Me Green? :)

Mój wakacyjny niezbędnik, czyli jak chronię się przed słońcem.

Dziś post zbiorczy na temat tego, bez czego nie mogłabym się obyć podczas wakacyjnego wyjazdu. Wśród produktów nie ma tych, które stosuję na co dzień w ramach pielęgnacji twarzy. Temu tematowi tez kiedyś poświęcę taki zbiorczy post, ale to już innym razem:)

1. Hydrolat z róży bułgarskiej- mój numer jeden w kwestii łagodzenia podrażnień spowodowanych nie zawsze pożądanym działaniem niektórych kosmetyków, w przypadku wysypu niespodzianek na twarzy, czy wszelakich innym podrażnień. Hydrolat stosuję także do włosów. Na początku przelewałam go do butelki z atomizerem i zwilżałam nim włosy przed ich olejowaniem. Nie do końca mi to odpowiadało bo jednak potem zmywałam to wszystko szamponem, zaczęłam więc spryskiwać nim wilgotne  włosy zaraz po umyciu. Tak sobie schną, hydrolatu już nie spłukuję, a włosy są po wysuszeniu genialnie miękkie.
ZSK, 400 ml w cenie 22,90 zł.

2.Olejek La Roche Posay Anthelios  SPF 50+ PPD 35- odżywczy olejek chroniący przed słońcem, mój zdecydowany ulubieniec. Zanim dokonałam zakupu przejrzałam oferty innych firm, typu Vichy, Iwostin, SVR itp. Wybrałam ten olejek ze względu na wysoką wartość PPD chroniącym przez promieniowaniem UVA. Właściwie nie znalazłam produktu o wyższej wartości. Olejek bardzo dobrze chroni, daje aksamitne, nietłuste wykończenie i pięknie pachnie.
Cena za 200 ml około 65-85 zł widziałam różne, za swój zapłaciłam 73 złote

3.Wella Sun dwufazowy spray z filtrami UV do włosów- włosy po upalnym lecie nie wyglądają zbyt dobrze. Najczęściej są suche i sztywne. Warto poszukać czegoś co im też przyniesie ulgę. Spray jest dwufazowy- jedna faza zawiera filtry UV chroniące włosy przed promieniowaniem, druga nawilża pasma i chroni przed nadmiernym przesuszeniem. 
Cena na hairstore wynosi 33,90 zł za 150 ml. 

4.La Roche Posay Posthelios- przy używaniu tak wysokich filtrów raczej rzadko zdarza mi się po niego sięgać. Natomiast mam go zawsze przy sobie z myślą o bliskich, których nie udało mi się przekonać do stosowania filtrów. To taki ratunek dla poparzonej skóry, łagodny, przy aplikacji nie piecze, jest wydajny. Ceny nie znam, gdyż dostałam go jako gratis przy zakupie olejku. 

5. Pomadki Nivea- używam ich już kilka dobrych lat. To właściwie moja pielęgnacja na co dzień, nie tylko w przypadku wakacyjnych wyjazdów. Zawierają filtr w wysokości jedynie SPF 10, ale z racji tego, że często ich używam poprawiając makijaż, sprawdzają się wystarczająco. Aktualnie posiadam wersję truskawkową i brzoskwiniową.
Cena około 7-9 zł. 

6.Krople do oczu Renu oraz HydroBalance- to jest coś bez czego obyć się nie mogę. W czasie wakacji często dostaję zapalenia spojówek, Renu genialnie nawilżają i mogą być stosowane bezpośrednio na soczewkę. Z kolei HydroBalance, używam wieczorem już po zdjęciu soczewek, dają ukojenie oczom, zmniejszają przekrwienie i niwelują uczucie pisaku pod powiekami.  
Hydrobalance około 17 zł, Renu 15 zł. 

7.UV Away Mild ITS SKIN SPF 38 PA++-zakupiony swego czasu na Azjatyckim Bazarze, krem ochronny do twarzy. Nie wyobrażam sobie używania czegokolwiek innego w ramach ochrony przeciwsłonecznej. Ten krem nie tylko chroni, ale także leczy wypryski i podczas jego stosowania są one znacznie mniej dokuczliwe. Nie był to chyba zamiar producenta, ale tak faktycznie jest, taki skutek uboczny stosowania:) Spowodowane jest to najprawdopodobniej zawartością tlenku cynku. 

8. Khol w odcieniu grafitowym- produkt otrzymałam na jednym ze spotkań. Testowałam go zimą i wiosną, to był mój jedyny makijaż, gdy dokuczało mi wysuszenie spojówek spowodowane zbyt suchym powietrzem. Mogłam mimo wszystko dalej wyglądać jak człowiek:) Dlatego latem tym bardziej uważam go za niezbędny produkt. Jego największą zaletą jest to, że chroni oczy przed promieniowaniem słonecznym. Jest powszechnie używany w krajach arabskich jako środek chroniący przed promieniowaniem, oraz pomocny przy chorobach oczu, np. zapaleniach spojówek. 
Cena za 45 gram wynosi 18, 83 zł. Dostępny na Maroko Sklep

9. La Roche Posay Anthelios XL SPF 50 PPD 34- Na koniec produkt, który tak naprawdę nie jest już moim niezbędnikiem, ale długi czas był. Tak naprawdę to mocno się z nim nie lubiłam, bo intensywnie pachniał alkoholem, bielił i zostawiał na skórze tłustą, lepką warstwę, do której przylepiał się piasek i tak oto powstawał "efekt panierki".  Stosowałam go bo faktycznie, mając go na sobie nie opaliłam się ani trochę, podczas gdy reszta towarzystwa była już spieczona na raka. Żal mi go było wyrzucić, często więc pożyczałam go znajomym wybierającym się na plażę żeby go jakoś wykończyć. Mimo wszystko zostało pół tuby. 
Za 300 ml zapłaciłam nieco ponad 40 zł na allegro. 

To tyle:) Znacie któryś z tych produktów? Jak wygląda Wasza pielęgnacja przeciwsłoneczna? 

Charytatywne spotkanie na rzecz Stasia:)

21 czerwca miało miejsce charytatywne spotkanie na rzecz Stasia, chłopca, którego miałam okazję poznać w lutym. Staś jest wesołym i wzbudzającym ogrom sympatii chłopcem, jednak potrzebuje odrobiny pomocy z naszej strony. Loteria i w ogóle całe spotkanie, odbyło się dzięki staraniom i determinacji Oli z bloga hidiamond


Stasiowi może pomagać każdy z nas,  tak na co dzień , dzięki akcji "Korek dla Stasia", o której więcej możecie poczytać tutaj. Do czego ogromnie zachęcam. 


Teraz pokrótce opowiem, jak przebiegało spotkanie. Na początku mogliśmy wysłuchać prezentacji na temat produktów marki Palmers. Ich oliwkę specjalistyczną ubóstwiam, z przyjemnością więc posłuchałam na temat składów i działania pozostałych produktów tej marki. W roli dermokonsultantki występowała również Ola. 

Następna prezentację przygotowała Pani Renata z Maroko Sklep. Panią Renatę też po raz pierwszy mogłam poznać w lutym. Od tego czasu wprowadzono kilka bardzo ciekawych nowości, miedzy innymi olejek z henną. Olejek z czarnuszki już od kilku miesięcy testuje, sprawdza się zarówno na cerze, jak i włosach. Do tego podobno ma cudowne działanie, gdy jest stosowany doustnie, choć takiej kuracji jeszcze nie stosowałam. 

Pieniążki z loterii przeznaczone zostaną na rehabilitację dla Stasia. Udało nam się zebrać aż 1360 złotych. Oprócz podziękowań dla Oli, jako organizatorki, podziękowania należą się też firmom, które zechciały wesprzeć loterię.  
 Jeszcze raz zachęcam Was do wspierania Stasia, zbierania korków, bo z tego typu akcji korzysta tak naprawdę wiele dzieci. 
Nastąpiła zmiana planów, poniżej zdjęcie z wylosowanych przeze mnie produktów. Na zdjęciu nie ma szczotki z Equilibra bo jest już w użyciu oraz jednej odżywki tej marki, gdyż już została zużyta:p  

Ręcznie wykonane mydło z maceratem z kwiatu opuncji figowej:)

Dziś chciałabym Wam powiedzieć co nieco na temat mydełka, które aktualnie jest moim number 1;). Dużo zdjęć nie będzie bo nie ma tu zbyt wiele do pokazania, za to mimo, że wygląd zewnętrzny mydło ma raczej niepozorny, to wnętrze skrywa same skarby. Mydełko zakupiłam na jednym ze stoisk Maroko Sklepu za 14,76 zł. Można je dostać również tu klikTak jak w tytule, zawiera ono macerat z opuncji figowej. Olej z opuncji jest jednym z najdroższych olejków, jego działanie opisuje się jako silnie przeciwstarzeniowe (chroniące przed pojawieniem się zmarszczek) i przeciwzmarszczkowe, gdy te już się pojawią. Macerat to trochę inna sprawa, ale o tym niżej.
Czym jest więc macerat? posłużę się cytatem ze strony Ecospa, tam podczas zakupów, po raz pierwszy spotkałam się z tą nazwą:
"Maceraty to surowce kosmetyczne otrzymywane w wyniku macerowania (kąpieli) roślin w olejach. W wyniku tego procesu otrzymuje się esencję składników rozpuszczalnych w tłuszczach.
Maceraty zawierają szereg składników aktywnych w tym bardzo cenne flawonoidy działające ochronie, przeciwzapalnie i regenerująco".
W przypadku tego mydła, opuncja figowa była macerowana w oleju arganowym. Oprócz maceratu, którego mamy w mydle około 4-5% (tak wiem, mogłoby być więcej:p) mydło składa się jeszcze z oleju z opuncji (tak, jest w nim też ten drogocenny olej:), oleju z orzecha kokosowego, oleju palmowego, oleju z słonecznika, wody oraz wodorotlenek sodu. 
Moją największą obawą przed kupnem była to, że mydło będzie się kiepsko pienić. Jak się okazało pieni się i to bardzo. Daje taką inną, delikatniejszą pianę, świetnie uelastycznia cerę i nawilża ją. Ostatnio nawet chciałam zrezygnować z nakładania kremu, bo twarz była tak przyjemna w dotyku:) Jedyna wada - mydło jest średniej wielkości ok 80-90 gram. No ale składniki, z których jest zrobione też swoją cenę mają... za to działa, więc jestem w stanie mu ten mankament wybaczyć:)
Polecam!;)

Maseczka z płatków róży od Hesh.

Dziś chciałabym Wam napisać, o moich wrażeniach po stosowaniu sproszkowanych płatków róż. Producentem jest marka Hesh, pewnie część z Was tę maskę już dobrze zna. Ja z samą marką do czynienia miałam właśnie podczas stosowania tej maski, nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się wrzucić do wirtualnego koszyka żadnego z ich produktów. Maseczka produkowana jest w Indiach (samo opakowanie już wiele mówi na temat kraju pochodzenia produktu). Widzimy na nim piękną panią, no i róże oczywiście:) 
Maseczka ma postać proszku i pachnie jak wysuszone róże. Za 50 g produktu zapłaciłam 12 złotych. Maseczka jest wydajna, a cena za naturalny produkt bardzo przystępna. Proszek mieszałam z odrobiną wody i pędzlem nakładałam na twarz. Po około 15-20 minutach zmywałam. Przy zmywaniu maseczki, okrężnymi ruchami robiłam  dodatkowo delikatny peeling. Proszek faktycznie również do tego świetnie się nadaje.
Mam cerę przetłuszczającą się, dlatego mieszałam proszek z wodą. Producent zaleca mieszanie go z mlekiem w przypadku skóry suchej, ale nie jest to koniecznie. Maska działa bowiem delikatnie, więc suchej skórze nie powinna zaszkodzić nawet wymieszana ze zwykła wodą. Przy kolejnym opakowaniu na pewno wypróbuję ją w połączeniu z hydrolatem. Flawonoidy, witamina C, czy kwasy organiczne, które w róży znajdziemy cudnie wpływają na skórę.
Maska świetnie wygładza cerę, pięknie nawilża, tonizuje, a sam zapach utrzymuje się na skórze jeszcze jakiś czas. Kosmetyki na bazie róży są znane z działania odmładzającego i przeciwstarzeniowego, fajnie radzą sobie również z podrażnianiami. Gdzieś mi się o oczy obiło, że sproszkowane róże można stosować również na włosy, nie próbowałam, ale pewnie ciekawość weźmie górę i wypróbuję:p choć boję się trochę tego proszku we włosach i nie bardzo mogę sobie wyobrazić jego wyczesywanie...
Co ważne, produkt nie był testowany na zwierzętach. Do maski na pewno wrócę, aktualnie studiuję też inne produkty od Hesh, bo z chęcią wypróbowałabym jeszcze pozostałe produkty tej marki. Faktycznie maseczki mają interesujące:)  A może któraś z Was miała już coś z tej marki, co fajnie się sprawdziło?:)


Ciemny miedziano-mahoniowy blond numer 6.45 zwany Bursztynem.

Dziś będzie na temat koloryzacji. Dawno już nie pisałam, mam sporo zaległości i sporo nowo przetestowanych farb. Zacznę od recenzji farby od LOREAL. Farba Prodigy bo o niej mowa, jak zapewnia producent, to nowoczesna, wielowymiarowa koloryzacja. Wykorzystuje moc mikro-olejku, niestety nie mam pojęcia jakiego...Ma dawać naturalny efekt z refleksami cytuję "bez efektu kasku". Czy któraś z Was miała po farbowaniu efekt kasku? bo ja chyba nie bardzo rozumiem, co autor miał na myśli:p No w każdym razie, nie będę złośliwa, bo farba całkiem przypadła mi do gustu:) 
Jak wiecie włosy farbuję na odcienie miedzi. Miałam już na włosach Mango od Loreal, która dała na moich włosach efekt marchewki, byłam bardzo dobrze rozpoznawalna już z kilkunastu metrów. Nie  przepadam za tak rzucającymi  się w oczy odcieniami i do Mango już więcej nie wróciłam. Szukając więc dalej wpadłam na dwa odcienie rudości z serii Prodigy. Jeden tak pomarańczowy, że aż niezalecany do jasnego  blondu (przynajmniej tak napisano na opakowaniu), drugi bardziej naturalny ciemny miedziano-mahoniowy blond numer 6.45 nazwany Bursztynem. Nazwa fajna, farba bez amoniaku, cena średnio mi się podoba, no ale kupiłam....:)
Zgodnie z numeracją 6 poziom tonu, to ciemny blond, refleks koloru to 45- mieszanka refleksów miedzi 4 (w praktyce to rudobrązowy,  ciepły odcień) i 5  to mahoń (w praktyce  czerwonobrązowy, jak dojrzała czereśnia, odcień zimny). Ostateczny kolor to faktycznie ciepły, średni do ciemnego blondu z miedzianym refleksem. Kolor bardzo mi odpowiada, no i rzeczywiście nie jest rażący, raczej naturalny.
Jestem bardzo ciekawa, jak kolor będzie wyglądał po kilku  myciach, jak już to sprawdzę, to na pewno wrzucę kilka zdjęć. Druga sprawa to szybkość wymywania, na moich włosach jest błyskawiczna. Wysokoporowate włosy szybko oddają farbę. Mam nadzieję, że ta seria mnie pod tym kątem nie zawiedzie, no ale o tym za jakiś czas:)
Farbę aplikuje się na włosy mocno średnio. Ostatnio farbowałam miedzianym bursztynem z Marionu z serii Natura (jeśli ktoś nie kojarzy, saszetkę z kolorem dodaje się do buteleczki i potrząsa, potem wygodnie wyciska farbę wprost na włosy). Tutaj standardowo miesza się tubki w miseczce, farba jest rzadka, czasem zanim podniosłam pędzelek do wysokości włosów, jej część zdążyła znaleźć się na umywalce...Oprócz tego, farba całkiem przyjemnie pachnie. Naprawdę, jak na farbę do włosów,  pod tym względem jest bardzo fajna. 
Po lewej zdjęcie zaraz po farbowaniu z lampą, po prawej bez lampy i trochę nieostre (średnio mi wychodzie robienie sobie samej zdjęć:p). Faktycznie włosy były w dobrym stanie, na pewno w  lepszym niż po farbie z Marionu, która co prawda daje piękny kolor, ale niestety bardzo przesusza włosy. Swoją drogą nie wiem na ile ten stan jest zasługą samej farby, a na ile odżywki -silikonowej bomby, dołączonej do opakowania.
Któraś z Was używała tego odcienia, albo jakiegoś innego koloru z tej serii? 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty