.linkwithin_posts a div { -webkit-border-radius: 10px; -moz-border-radius: 10px; border-radius: 10px; }

Gwiazdkowy prezent mojej mamy, czyli o twórczości MOMY słów kilka:)

Witajcie:) Dziś jak widać  nie będzie kosmetycznie. Postanowiłam, w oczekiwaniu na Pasterkę, napisać co nieco o prezencie, który razem z bliskimi sprawiliśmy na tegoroczną Gwiazdkę mojej mamie. Ponieważ pan Mikołaj już nas odwiedził, mama prezent otrzymała, bardzo jej się zresztą spodobał:p mogę wrzucić zdjęcia i napisać krótką notkę:)
W tym roku postawiliśmy na biżuterię. Właściwie niecały miesiąc wcześniej zamówiłam sobie bransoletkę z burgundowych Agatów u pani Moniki
Twórczość i sam profil Momy obserwuję już od dawna, jednak dopiero niedawno w ramach samonagrodzenia się za stresy w pracy:p (każdy pretekst jest dobry:) postanowiłam zamówić właśnie tę konkretną (na zdjęciu od prawej) biżuterię z Agatów z zawieszką w kształcie róży. Gdy przyszła totalnie mnie zauroczyła, a tak po prawdzie to nie tylko mnie bo właśnie moją mamę też, stąd pomysł na gwiazdkowy prezent:) 
Kamienie mają 10 milimetrów, są idealnie oszlifowane. Agaty są niesamowite, właściwie bransoletka z nich wykonana zadziwia mnie każdego dnia- w zależności od intensywności i kąta padania światła, kamienie mają inną barwę, raz jest to ciemne wino, raz bordo, innym razem fiolet, róż i czerwień. Starałam się oddać to na zdjęciach jednak nie udało się mi to tak dobrze, jak bym tego chciała. Musicie więc wierzyć mi na słowo:)
No ale teraz o prezencie dla mojej mamy, czyli bransoletce po lewej:) Wykonana jest z kamieni zwanych Lepidolity w kolorze GRAPE. Do tego zawieszkę w kształcie ażurowej mandali tworzy pozłacane srebro. Przyznam szczerze, że nigdy o tych kamieniach nie słyszałam, ale zachwyciło mnie w nich to, że wyglądają jak rozgwieżdżone niebo, galaktyka, nie wiem jak to opisać, ale są naprawdę wyjątkowe. 

Poniżej,bransoletka z Agatów Burgundowych, 10mm, złote hematyty + zawieszka pozłacana ROSE:
Poniżej, bransoletka z Lepidolitów w kolorze GRAPE,  10mm, hematyt złoty + ażurowa Mandala Flower, pozłacane srebro p.925:
Jak widać na jednym z powyższych zdjęć, bransoletka przyszła do mnie w pięknej torebce z uroczą wpisującą się w klimat świąt, kokardką:) Wszystko było bardzo estetycznie i bezpiecznie zapakowane.
Jestem wprost zauroczona twórczością pani Moniki, jej pomysłami i kreatywnością. To na pewno nie jest moja ostatnia zdobycz z jej kolekcji:p zapewne mojej mamy też nie:) 
Jeśli któraś z Was chciałaby obejrzeć więcej dzieł Momy, możecie je obejrzeć o tutaj. Ja z ogromną ciekawością oglądam proponowane przez autorkę nowości i świetne połączenia kolorystyczne. Naprawdę coś wspaniałego, do tego ten wyraz twarzy gdy mama ujrzała swój prezent, no nie da się tego opisać:) 
Życzę Wam udanych Świąt no i mam nadzieję, że Mikołaj trafił z prezentami:p 



Podarunki ze Spotkania Warszawskich Blogerek Kosmetycznych- trochę zdjęć:)

W nawiązaniu do ostatniego posta dotyczącego relacji ze spotkania warszawskich blogerek, które miało miejsce 14.12, dziś wrzucę zdjęcia przedstawiające prezenty:p bo właściwie to można powiedzieć, że pan Mikołaj przyszedł do mnie w tym roku nieco wcześniej:) Dziś do poczytania raczej niewiele, więcej do pooglądania, więc zapraszam:)

Pierre Rene
SORAYA
Bell
Citrosept
 Tiger
Carmex 
Barbers
Dobra rada
Świat Zapachów
Alpha nail stylist
Cosmetic service
Pilomax
Biogarden
Avetpharma
Love me green
Buziak style
Organic matcha
Bardzo dziękuję za możliwość testowania tak wielu ciekawych produktów:) już teraz mogę Wam powiedzieć, że zachwyciło mnie serum z Soraya oraz krem do rąk od Love me green, są świetne:)Dziękuję również marce  Hean za rabat na ich produkty oraz  kolczyki  otrzymane od Venisima. No i firmie Chocolissimo za przecudnego (i przesmacznego) czekoladowego renifera, nie ma go na zdjęciu bo już dawno jest zjedzony:p Herbatka od Organic Matcha trafiła do mnie drogą losowania, ale ja wiem że to siła przyciągania to sprawiła:p kto mnie zna, ten wie że jestem herbatoholiczką i uwielbiam herbatę pod każdą postacią, pijam ją litrami i nie wyobrażam sobie bez niej życia:P 
Także ja lecę zaparzyć sobie zieloną herbatę, a Wam życzę udanej i mimo przedświątecznego zamieszania, spokojnej niedzieli;) 

Spotkanie Warszawskich Blogerek Kosmetycznych 14.12.2013r- relacja:)

Dziś chciałabym opowiedzieć co nieco o sobotnim spotkaniu warszawskich blogerek, na którym miałam przyjemność być:) Spotkanie odbyło się w knajpie o wdzięcznej nazwie Pochwała Niekonsekwencji i od razu muszę dodać, że to miejsce mnie totalnie zauroczyło. Znajdziecie tam wszystko co potrzeba- klimat, fajną obsługę no i dobre jedzonko (podobno napoje alkoholowe też mają świetne:). Przepadłam pijąć ich koktajl piernikowo-lodowy, no i mimo, iż mam do tego miejsca przeokrutnie daleko, to na pewno jeszcze tam kiedyś tam wrócę:) 
Pochwała Niekonsekwencji
Poniżej mała próbka umiejętności pana/pani kucharza/kucharki :p genialna tarta szpinakowa, wierzcie mi na słowo-była pyszna:)
Niżej Pan Piotr ze Świata Zapachów, swoją drogą świetny człowiek:p Wszystko profesjonalnie opisał, opowiedział o swoich ulubionych zapachach, o tym jak działa polityka Yankee Candle oraz o najbardziej "chodliwych" zapachach. Powiem szczerze, że słuchałam z zaciekawieniem, mimo że markę znam, dzięki woskom głównie, to pierwszy raz miałam okazję trzymać w rękach słój ze świecą (są ogromne:p). Pan Piotr sprawił nam ogromną niespodziankę zabierając ze sobą najnowszą-wiosenną kolekcję Yankee. Zapachy są świetne, już teraz mogę powiedzieć, ze najbardziej do gustu przypadł mi zapach kwiatu Hibiskusa, jest naprawdę piękny!

Zapachy przyniesione przez Pana Piotra- Movie Night totalnie mnie zadziwił, no wypisz wymaluj słodki popcorn, od razu się człowiekowi humor poprawia:p nie mam pojęcia jak świecie i woski Yankee są robione, że w tak idealny, niechemiczny sposób oddają zapachy,to po prostu majstersztyk:) Zapach mmm, Bacon! zadziwił chyba wszystkie dziewczyny:p swoją drogą pachniał dokładnie tak, jak smażony bekon:p
Odwiedziła nas także Pani Dagna, mimo ogromu pracy i zabiegania, znalazła chwilę żeby powiedzieć nam dużo ciekawych rzeczy na temat marki Soraya. Najbardziej zaciekawiła mnie linia z małocząsteczkowym kwasem hialuronowym, nie miałam pojęcia że takowa istnieje, a kosmetyki z tym składnikiem bardzo sobie cenię. Pani Dagna dużo czasu poświęciła również na omówienie produktów wchodzących w skład linii So Pretty! Kosmetyki z tej linii od dawno przyciągają moje oko ze sklepowych półek, opakowania są po prostu śliczne, jak się przekonałam, zapachy również:)
Odwiedzili nas również  Panowie z Carmex, co bardzo mnie ucieszyło, gdyż jestem ogromną fanką tej marki. Ich produkty bardzo fajnie się u mnie sprawdzają.
Przypinki trzymaliśmy od Przypinka.pl były śliczne i na pewno będę stanowiły świetną pamiątkę przez jeszcze długi długi czas:)

A to lista sponsorów, którzy włożyli swój wkład w to, aby spotkanie było jeszcze przyjemniejsze:)
Na koniec właściwie najważniejsze- dziękuję Wam wszystkim i każdej z osobna, za miło spędzony czas. Największe podziękowania należą się Oli za ogrom czasu poświęconego na organizację spotkania, za włożony wysiłek i troskę, aby każda z nas wyszła z tego spotkania z uśmiechem na twarzy, no i żeby był to dla nas po prostu mile spędzony czas:) 
Dla mnie udany był jak najbardziej, zobaczyłam buźki dziewczyn, z którymi znam się tylko z blogosfery, a udało się poznać również takie, których wcześniej totalnie nie znałam, a które okazały się być świetnymi babkami:)
Joko i Magiclovv są jeszcze piękniejsze na żywo niż na zdjęciach, Szarona to niesamowita, zarażająca śmiechem optymistka:p Marta to świetna osoba, z którą można pogadać o wielu rzeczach, Marika, której wcześniej nie znałam okazała się być fajną towarzyszką podróży, umilając mi właściwie 3/4 drogi powrotnej do domu:) Kotek-Pstrotek, której bloga też czytam od jakiegoś czasu również okazała się być fajną dziewczyną, no i Frambuesa, jakie ona ma cudne włosy! przepadłam totalnie:p Miło mi było spotkać  również resztę dziewczyn, które poznałam dopiero na spotkaniu, teraz nadrabiam zaległości w Waszych blogach;) Nie ze wszystkimi miałam okazję porozmawiać, ale mam nadzieję, że uda nam się jeszcze poznać trochę lepiej:) 

Poszukiwania rudości idealnej ciąg dalszy- Loreal MANGO 74

Dzisiejszy post będzie dotyczył tytułowej farby do włosów marki Loreal w odcieniu MANGO 74. Na samym początku urzekło mnie opakowanie, a raczej pani na nim i jej cudny, żywy ale nie rażący odcień rudego. No jest po prostu piękny:) O blasku już nie wspomnę bo to standard na wszelakich opakowaniach farb i reklamach produktów do włosów. Zakup farby, a raczej dwóch jej sztuk mocno nadszarpnął stan mojego portfela ( jedno opakowanie kosztuje 32 złote). Z racji gęstych (choć niestety cienkich) włosów zawsze kupuję 2 sztuki farby, tym razem zrobiłam tak samo no i suma wyszła już całkiem konkretna. Biorąc pod uwagę, że rudości bardzo szybko się wypłukują, włosy farbuję co jakieś 3 tygodnie, także ta farba to raczej nie rzecz na moją kieszeń. No ale teraz trochę o tym, jak  się farba spisuje:)
Coś z czym się w przypadku farb do włosów spotkałam po raz pierwszy to żelowa? czy jakaś taka podobna do żelu konsystencja. Dziwna i moim zdaniem totalnie niepraktyczna. Po nałożeniu farby włosy wyglądały tak samo, jak bez niej, w pewnym momencie nie miałam pojęcia gdzie farba jest, a gdzie jej nie ma. Efekt tego taki, że za prawym uchem została mi brzydka łata, którą po prostu przeoczyłam. Zdecydowanie wolę bardziej kremowe konsystencje, które są lepiej "widoczne" podczas farbowania. 
 Kolor natomiast przez pierwszy tydzień był tak żarówiasto rudo-czerwony, że mój N. śmiał się ze mnie, ze teraz widać mnie na kilometr i na pewno wszyscy z daleka będą teraz wiedzieć, że ja to na pewno ja:p a tak ogólnie, to faktycznie kolor wyszedł taki nienaturalny, nie w moim stylu i o zgrozo z okropnymi czerwonymi refleksami, których nie znoszę (zdjęcie poniżej wykonane po 2 tygodniach od farbowania, nie oddaje tego efektu). No ale po 2 tygodniach czerwony refleks się wypłukał i kolor mi się naprawdę spodobał. No ale, bo mam w zanadrzu jeszcze jedno ale....farba przeokrutnie wysuszyła mi włosy (to akurat na zdjęciu poniżej widać). Były suche, sterczące, sztywne i w ogóle ble. 
Natomiast dużym plusem farby jest jej trwałość. Nie używałam jeszcze farby w odcieniu rudości, która byłaby tak trwała, jak Mango. Kolor po zmyciu czerwonym refleksów do kolejnego farbowania był bardzo ładny, farbowałam włosy kolejny raz właściwie tylko dlatego, ze odrosty były już bardzo widoczne, same końce włosów były nadal w pięknym kolorze.
 Z powodu tych kilku minusów no i ceny raczej już po Mango nie sięgnę. Natomiast fankom żywszej rudości, którym nie przeszkadzają czerwone refleksy i taki ostry, nienaturalny efekt na początku mogę Mango polecić. W sumie każdy lubi co innego:)

Peeling enzymatyczny EKO z bromelainą i papainą od Biochemii Urody.

Dzisiejszy post będzie dotyczył, mojego właściwie pierwszego, peelingu enzymatycznego, z wdzięcznym i jakże popularnym dodatkiem "eko" w nazwie:) To także mój pierwszy zakup z Biochemii Urody. Ogólnie biorąc pod uwagę  kontakt ze sklepem, jestem zadowolona, nie wiem właściwie czemu wcześniej nic stamtąd nie zamawiałam, chyba to kwestia "stylistyki" strony, jakoś tak ciężko mi się po niej poruszać i  zawsze EcoSpa wydawało mi się bardziej czytelne i jakieś takie, no nie wiem, bardziej estetyczne ( tak wiem, czepiam się:p). W każdym razie z zakupu jestem zadowolona, wiem że część z Was również tego typu peelingi zna i sobie je ceni, ja mogę śmiało do tego grona dołączyć:)
Peeling doszedł do mnie zapakowany tak, jak widać na rysunku powyżej. Wszystko higienicznie zapakowane i czytelnie oznaczone. Dokładną instrukcję tego, w  jaki sposób peeling przygotować i jak go używać, wzięłam ze strony sklepu, o stąd. Instrukcja również jest jasna i czytelna. Zanim przejdę do działania, zajmę się głównymi składnikami peelingu.

Zawiera on koncentrat dwóch enzymów, a mianowicie bromelainy (enzymu z miąższu ananasa) oraz papainy (enzymu z miąższu owocu papai). Papaję uwielbiam jeżeli chodzi o kwestie kosmetyczne. Jakiś czas temu zachwycałam się w jednym z olejkowych postów (o tu) działaniem olejku z papai, który działał podobnie do tego peelingu, a mianowicie pięknie rozjaśniał cerę.  Powyższe enzymy rozpuszczają w delikatny sposób martwy i zrogowaciały naskórek. Taka forma peelingu (proszek) jest podobno gwarancją jego trwałości, bowiem w środowisku wodnym, enzymy te ulegają rozłożeniu. Stąd uwaga, że im mniej wody, tym działanie jest silniejsze. Rozpuszczenie proszku  w dużej ilości wody po prostu nie da zbyt widocznego efektu na cerze.

Bazą peelingu są koloidalna mączka owsiana (zawierająca beta glukan-składnik działający przeciwzapalnie i przeciwstarzeniowo), mączka ryżowa z ziaren białego ryżu (wygładza, nawilża i rozjaśnia) .
Peeling wygładza i rozjaśnia skórę, przygotowując ją do absorpcji innych składników aktywnych, które zamierzamy po usunięciu peelingu na twarz nałożyć. U mnie peeling spłycał również pory skórne, za co bardzo go polubiłam. Na stronie BU napisano, że peeling działa trochę, jak odżywcza, nawilżająca i wygładzająca maseczka, w sumie mogę się z tym zgodzić, skóra faktycznie nie tylko jest gładsza, ale także odżywiona i taka promienna, bardzo fajny efekt:) 
Sam sposób użycia wygląda następująco- najpierw do plastikowego pudełeczka wsypujemy mączkę owsianą i ryżową, a później już po dokładnym ich zmieszaniu- enzymy. Mieszamy dokładnie, zamykamy pojemniczek i potrząsamy energicznie. Naklejamy naklejkę, wpisujemy na niej datę (12 miesięcy ważności) i gotowe. Potem wystarczy przed samym użyciem, trochę proszku zmieszać z niewielką ilością wody i nałożyć na skórę twarzy, czekamy 5-10 minut i zmywamy (ostrożnie, uważając na oczy). 
Wodę można podobno zastąpić żelem hialuronowym, albo hydrolatem, co zamierzam oczywiście sprawdzić:) Można również dodać kilka kropli ulubionego olejku roślinnego, wtedy peeling  będzie miał również działanie natłuszczające. Acha, no i stosujemy max 2x w tygodniu co by nie przedobrzyć. 
Pojemność: 41 g 
Cena: 15,50 zł


Peeling przypadł mi do gustu i myślę, że gdy skończy się moje pudełeczko, na pewno do niego powrócę. Cena także wydaje mi się rozsądna, no i w sumie, jakby nie patrzeć, sama sobie ten peeling zrobiłam:p 

Krem oraz serum marki Barwa z serii Siarkowa Moc, czyli coś, co naprawdę działa:)

Dzisiejszy post będzie dotyczył na pewno większości z Was znanego kremu marki BARWA z serii Siarkowa Moc. Przyznaję szczerze, że do tego kremu miałam mieszane uczucia. Nie wszystko co KWC się u mnie po prostu sprawdziło i dlatego rzadko sugeruję się tego typu opiniami. Wszystko zmieniło się ostatnimi czasy, kiedy to udało mi się wygrać rozdanie organizowane przez Nikę88 z bloga one-more-dress.blogspot.com, w którym do wygrania był właśnie ten krem i do tego serum z tej samej serii, o którego istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia:p 

No więc mam krem, serum i mieszane uczucia, ale próbuję i efekt tego taki, że muszę publicznie Nice podziękować, bo pewnie gdyby nie ona, to najnormalniej w świecie nigdy bym tego kremu nie kupiła i nie przekonała się na własnej skórze ( dosłownie:p) o tym,  że krem działa na mnie cudownie! :) dzięki kochana, jeszcze raz:).
Mam cerę tłustą, z tendencją do wyskakiwania niespodzianek, po używaniu olejków skóra wygląda o niebo lepiej, ale nadal się świeci, choć nie tak bardzo, jak kiedyś. No ale jestem już tak blisko stanu skóry, który by mnie satysfakcjonował, więc nadal szukam czegoś, co nie zapycha porów i do tego pięknie matuje. Ten krem jest właśnie takim małym cudeńkiem i choć nie stosuje go pod makijaż ( konsystencja jest zbyt "tępawa" ) to stosowany na noc kondycjonuje skórę tak, że następnego dnia faktycznie przetłuszczanie się twarzy jest zniwelowane. 
Krem zawiera siarkę, która działa przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybicznie, zmniejsza również wydzielanie sebum. Mamy także krzemian glinowo-magnezowy, nadający skórze pudrowy wygląd, tlenek cynku (działający ściągająco i antyseptycznie), alantoinę (która świetnie łagodzi i nawilża) oraz masło shea. 
Składniki: Aqua, Dicaprylyl Carbonate, Cetearyl Olivate, C12-15 Alkyl Benzoate, Magnesium Aluminum Silicate, Sorbitan Olivate, Hydrogenated Olive Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Zinc Oxide, Olea Europaea Fruit Oil, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Allantoin, Sulfur, Vaccinium Myrtillus Extract, Saccharum Officinarum Extract, Citrus Aurantium Dulcis Extract, Citrus Medica Limonum Extract, Acer Saccharinum Extract, PEG-30 Castor Oil, Polyacrylamide, C13-14 Isoparaffin, Laureth-7, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Methylisothiazolinone, Parfum, Citral, Limonene, Linalool. 

Dokładnej ceny nie znam, ale z tego co czytałam, jest rozsądna:)
Pojemność: 50 ml
Przejdźmy do serum. Serum nie pachnie już tak pięknie jak krem, oj nie:p Miałam kiedyś szampon z siarką, pachniał ohydnie, to serum pachnie podobnie, choć mniej intensywnie, no i zapach czuć tylko w momencie bezpośredniego wąchania tubki, na twarzy się nie utrzymuje, także spokojnie:p 

Serum mogłam już stosować po makijaż, dlatego wszelkie niedoskonałości i wypryski goiły się o wiele szybciej ( choć przyznam, ze stosowanie serum i kremu w duecie, nie jest koniecznie, bo sam krem bardzo redukuje powstawanie wyprysków). No chyba, ze ktoś ma większe problemy z trądzikiem, wtedy taki zmasowany atak na pewno się przyda:). Serum także zawiera siarkę, do tego kwas salicylowy, który działa przeciwzapalnie i złuszczająco oraz coś, co nazywa się naturalnym bioselektywnym oligosacharydem (jakiś cukier?:p) który ogranicza rozwój niepożądanych mikroorganizmów, oraz stymuluje przywrócenie naturalnej flory bakteryjnej. 
Składniki: Aqua, Alcohol Denat., Hydroxyethylcellulose, PEG-30 Castor Oil, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Sulfur, Vaccinium Myrtillus Extract, Saccharum Officinarum Extract, Citrus Aurantium Dulcis Extract, Citrus Medica Limonum Extract, Acer Saccharinum Extract, Salicylic Acid, Imidazolidinyl Urea.

Pojemność:15 ml


Mogę szczerze polecić osobom, które zmagają się z tłustą i skłonną do wyprysków cerą zarówno krem, jak i serum:) Są świetne i na pewno zagoszczą w mojej kosmetyczce na dłużej:) 

AA Energia Natury, czyli Harmonia Zielonej Herbaty oraz Odżywcza Kawa - kremy do rąk.

Dzisiejszy post będzie dotyczył kremów do rąk, które swego czasu wpadły w  ręce mojej mamy :) Mowa o tytułowych kremach od marki AA z serii Energia Natury. Zanim jednak przejdę do recenzji, chciałabym się troszkę wytłumaczyć z mojej nieobecności. To jeszcze nie kryzys w blogowaniu:p no i wszystko u mnie w porządku, po prostu pracuję na 2 etaty (z czego się zresztą bardzo cieszę), a kto zaczyna nową pracę, ten wie, że początki bywają trudne. Natomiast jest mi bardzo miło, że znalazły się osoby, które zauważyły, że jakoś tak u mnie cicho ostatnio:p dzięki dziewczyny:) 
No dobrze, a przechodząc do kremów, moja mama dorwała je w Lidlu. Na pewno słyszałyście o serii z AA wypuszczonej specjalnie dla Lidla (w sensie można je tylko tam dostać). Czy to prawda nie wiem. Szczerze mówiąc nie spotkałam się z tymi kremami nigdzie indziej niż właśnie w tym markecie. Kremy występują w dwóch wersjach:
♣  Harmonia zielonej herbaty (krem nawilżający)
♣  Aromatyczna kawa (krem odżywczy)

Pojemność: 100 ml
Cena: 5,99 zł     
                                                                                                        ♣   Harmonia Zielonej Herbaty  
Pierwsza z kremów z wyciągiem z zielonej herbaty, to krem nawilżający. Oprócz zielonej herbaty zawiera także masło oliwkowe i glicerynę. Fajnie nawilża, choć nie zbyt bardzo podoba mi się jego konsystencja- jest taka mało kremowa. Jeżeli chodzi o zapach, to obydwa kremy po otwarciu tubki pachną tak niby delikatnie, niezbyt intensywnie, ale gdy nałoży się je na dłonie to wtedy dopiero czuć, jaki ten zapach jest intensywny. Natomiast sama nuta zapachowa wersji nawilżającej  jest dla mnie naprawdę fajna, taka świeża. Rzeczywiście kojarzy mi się z moja ukochaną zieloną herbatą:) Dosyć wysoko w składzie mamy parafinę, wiem, że wiele z Was jej unika, ja dopuszczam ją w kremach do rąk, czy do stóp, na twarz raczej nie używam, bo po prostu działa na moją cerę zapychająco. 

Skład: Aqua, Glycerin, Cyclopentasiloxane, Paraffinum Liquidum, Cetearyl Alcohol, Ethylhexyl Stearate, Glyceryl Stearate, Glyceryl Stearate Citrate, Dimethicone, Octyldodecanol, Camellia Sinesis Leaf Extract, Olea Europea (Olive)Fruit Oil,  Hydrogenated Vegetable Oil, Dimethiconol, Trideceth-6, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Propylene Glycol, Parfum, EthylhexylGlycerin, Phenoxyethanol, Methylisothiazolinone. 

                                                                                                                    ♣   Aromatyczna kawa   
Zapach wersji odżywczej pachnie jak dla mnie po prostu facetem:p Takimi męskimi perfumami, no i znowu po otwarciu tubki jest taki niby delikatny, a po wyciśnięciu daje na całego. Pod względem zapachowym faktycznie jakoś mi tak nie podpasował...ale konsystencja jest jak dla mnie lepsza właśnie w wersji odżywczej. Krem zawiera oprócz ekstraktu z kawy, także olej arganowy i masło shea. 

Skład: Aqua, Glycerin, Cyclopentasiloxane, Paraffinum Liquidum, Cetearyl Alcohol, Ethylhexyl Stearate, Glyceryl Stearate, Glyceryl Stearate Citrate, Dimethicone, Octyldodecanol, Caffeine, Paullinia Cupana Seed Extract, Argania Spinosa Kernel Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Dimethiconol, Centella Asiatica Extract, Equisetum Arvense Extract, Carnitine, Propylene Glycol, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Trideceth-6, Parfum, Methylisothiazolinone, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin. 
Jeśli chodzi o działanie oba kremy właściwie działają na moje dłonie podobnie. Co nie zmienia faktu, że za taką cenę i pojemność, to jestem zadowolona:) Tylko tak się zastanawiam - skoro to kremy do skóry skłonnej do alergii, to po co tyle tej substancji zapachowej? Patrząc na skład, faktycznie substancje zapachowe znajdują się na końcu, ale zapach jest taki, że byłabym skłonna powiedzieć, że te substancje odpowiedzialne za zapach znajdują się co najmniej w połowie listy składu. 

Ps. Przeglądałam Wasze komentarze pod wcześniejszym postem i z tego co przeczytałam, wywnioskowałam, że nikt nie chciał Balsamu z henną?:( ale, że jak to:p? jeśli się mylę, bądź któraś z Was ma jeszcze na niego chrapkę, to śmiało piszcie:)

Venita ziołowy balsam koloryzujący odcień Chna, czyli poszukiwania rudości idealnej ciąg dalszy + oddanie:)

Dzisiejszy post będzie dotyczył tytułowego ziołowego balsamu koloryzującego z ekstraktem z henny. Od jakiegoś już czasu zachwycałam się pięknym rudym odcieniem włosów Ewy z bloga Miss Dior Cherie o czym nieustannie informowałam ją niemal pod każdym postem:p W końcu zapytałam cóż to za farba daje taki ładny efekt i dowiedziałam się, że to właśnie balsam z Venity w kolorze Chna. Kupiłam 2 opakowania, bo mimo, że moje włosy  sięgają niewiele za ramiona, to są bardzo gęste i nigdy jedno opakowanie farby mi po prostu nie wystarcza. 
Balsam nie zawiera utleniaczy i amoniaku. Jest delikatny dla włosów, nie rozjaśnia ich i jakoś drastycznie koloru włosów nim nie zmienimy, ale cudnie na nie wpływa. Producent pisze, że po jego użyciu włosy stają się gładkie, odżywione, miękkie i pięknie się układają, zdecydowanie się z tym zgadzam. Po otworzeniu tubki poczułam piękny zapach, zrobiłam test na alergie (!), gdyż nigdy produktów z henną nie używałam i nie byłam pewna jak mój organizm na nią zareaguje. Wszystko było okej. Po kilku dniach nałożyłam balsam na włosy i o dziwo okazało się, że na moje włosy wystarcza jedna tubka, a wręcz 3/4 jej pojemności, no szok:p 
Sposób aplikacji jest niesamowicie wygodny i prosty. W opakowaniu mamy instrukcję i rękawiczki (niestety w drugim opakowaniu instrukcji nie było, chyba mi wypadła). Z balsamem na włosach siedziałam godzinkę, choć wystarczyłoby 40 minut. Nic nie kapie, pachnie pięknie, no sama przyjemność. Po wysuszeniu włosy były naprawdę piękne, rzadko jestem zadowolona z tego jak moje włosy wyglądają, czy jak się układają. Po użyciu balsamu efekt i stan włosów mnie zadowolił. Nawet Pani na poczcie zapytała, czy to mój naturalny kolor, a gdy powiedziałam, że nie była zdziwiona:p 
Moim jedynym minusem, który właściwie nie powinien być przypisany samemu balsamowi koloryzującemu jest to, że był obecny na moich włosach 8 dni...tak, mam wysokoporowate włosy, które szybko pochłaniają wszelkie farby i równie szybko oddają kolor. Ponieważ włosy muszę myć co 2 dni, po 3 myciach praktycznie kolor się wypłukał, strasznie żałowałam, że tak się stało:( A takim minusem, który dotyczy już samego  balsamu, jest to, że nie pokrył mi odrostów, no ale tego się akurat mogłam spodziewać, w końcu czytałam, że nie rozjaśnia włosów. 
No dobrze to teraz zdjęcie, nie do końca udane, ale mam nadzieję, że oddaje choć kolor, jaki Chna daje. 
A teraz do osób, które chciałyby wypróbować ten balsam na własnych włosach. Kupiłam dwa opakowania, ale z uwagi na to, że balsam nie pokrywa wystarczająco moich odrostów, niestety nie sprawdza się u mnie do końca (choć kolor jaki daje na długości bardzo przypadł mi go gustu) a więc- jeśli któraś z Was chciałaby to jedno opakowanie balsamu, które mi zostało ode mnie otrzymać wystarczy, że napisze o tym  w komentarzu. Jeśli zgłosi się więcej chętnych wielbicielek rudości na włosach, to po prostu zrobię losowanie:) Tak więc powiedzmy do soboty do 23:59 śmiało piszcie:) 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty