.linkwithin_posts a div { -webkit-border-radius: 10px; -moz-border-radius: 10px; border-radius: 10px; }

Maseczka czekoladowa-Sekretnik Babuni

Dziś chciałabym się podzielić z Wami nieco innym wpisem, mam jednak nadzieję, że Wam się spodoba :).  Post ten jest 2 recenzją w akcji "Poszukujemy maseczki idealnej". A więc, do rzeczy- jakiś czas temu, podczas generalnego wakacyjnego sprzątania, znalazłam pewną książkę należącą do mojej mamy. Ta książka to "Sekretnik Babuni" zawierający naturalne recepty na urodę.  Autorami książki są lekarz dr Henry Puget oraz aktorka i scenarzystka, Regine Teyssot
Chciałabym się dziś  z Wami podzielić przepisem na maseczkę czekoladową. Przepis pochodzi właśnie z tej książki. Swoją wersję tej maseczki nieco zmodyfikowałam, ale o tym za chwilę. Dodam jeszcze, iż bardzo podoba mi się w tym poradniku to, że pod przepisem, autorki tłumaczą dlaczego dana maseczka ma właśnie takie zastosowanie, skupiają się na każdym składniku i jego właściwościach. No dobrze, to lecimy dalej;) 
♣  Maseczka czekoladowa ♣
Potrzebujemy:
      
      1.   5 kostek czekolady zawierającej 80% kakao ( u mnie 72% )
      2.   kilka kropel olejku Neroli ( u mnie oliwa z oliwek lub olej ze słodkich migdałów )

Olejku z Neroli nie posiadam, mimo, iż jestem olejkowym maniakiem:) ale moja skóra lubi się z oliwą z oliwek oraz olejem ze słodkich migdałów, więc stosuję naprzemiennie, w zależności od tego, co tam w domu akurat mam. 

Przygotowanie:

1.  Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, zdejmujemy z ognia, po chwili dodajemy 2 łyżeczki oliwy z oliwek ( oleju ze słodkich migdałów lub zgodnie z oryginalnym przepisem- olejku Neroli ). Następnie mieszamy ze sobą, dość energicznie. 
2.  Oczyszczamy twarz bardzo dokładnie, delikatnymi środkami ( autorzy polecają nawet zrobienie przed zabiegiem 15 minutowej parówki ), osuszamy i gdy maseczka ostygnie  tak, że nie będzie już zbyt ciepła, nakładamy na twarz. Ja używałam do tego pędzelka.
Teraz zgodnie z oryginalnym przepisem maseczkę trzyma się na twarzy około 5 minut, ja trzymałam 15:) Pierwsze wrażenie po jej zastosowaniu to  ujędrniona skóra twarzy, bardziej elastyczna i gładsza, ze znaczną poprawą kolorytu.  Jak podkreślają autorki, czekolada zawiera oprócz węglowodanów, także proteiny i kwasy tłuszczowe, magnez, witaminy A i D ( przeciwutleniacze, posiadające właściwości zmiękczające i nawilżające)  oraz flawonoidy
Oliwa z oliwek natomiast  jest bogata w witaminę E ( przeciwutleniacz ) oraz witaminę F ( ważna przy odbudowie płaszcza lipidowego naskórka ). Oliwa likwiduje także szorstkość naskórka. 
Ponieważ najżmudniejszym etapem jest zmywanie maseczki ( trochę to jednak trwa ) zamierzam stosować ją w leniwe niedziele, bądź jakieś wolniejsze wieczory, raz w tygodniu. Myślę, że moja cera będzie mi za to wdzięczna;) A teraz komunikat do czekoladowych łasuchów:)- resztek maseczki w oryginalnej wersji nie zjadamy, podobno olejek Neroli jest niejadalny i powoduje niestrawność. 

Swoją drogą, a może któraś z Was stosowała kiedyś olejek Neroli i może coś powiedzieć o jego działaniu?
Maseczkę czekoladową w takiej wersji, mogę polecić  osobom, które cenią sobie naturalne  składniki no i lubią  od czasu, do czasu coś sobie samemu ukręcić:) 
klik

BeSave nawilżający krem ochronny do twarzy 75 ml

Dziś chciałabym podzielić się z Wami recenzją kremu, który kupiłam, mimo, iż wykorzystałam w tamtym czasie swój zakupowy limit:) Krem zainteresował mnie głównie z powodu swojego składu, a że po pierwsze, jego cena standardowa ( w tym  konkretnym sklepie- 44 zł ) była przeceniona na 25 zł,  po drugie zaś, ponaglała mnie informacja na stronce sklepu, mówiąca, iż  została już tylko jedna sztuka tego produktu na stanie, no nie mogłam go nie wziąć:)
Swoją drogą, zawsze zastanawiałam się, czy informacje typu „ ostatnia sztuka!”, „ 1 sztuka w magazynie” są faktycznie prawdziwe, czy mają jedynie "popędzić" kupującego, co by się zbytnio nie zastanawiał, bo okazja może się nie powtórzyć.  Sprawdziłam w przypadku sklepu internetowego, w którym zakupiłam krem, ta informacja okazała się prawdziwa. Po tym jak kupiłam krem, automatycznie zniknął z ich oferty, co ciekawe do tej pory nadal nie uzupełnili magazynów. Cieszę się więc bardzo, że uległam i jednak go kupiłam:)

A teraz konkrety- krem, jak zapewnia producent nadaje się do wszystkich rodzajów cery. Nawilża, odżywia, tonizuje, uelastycznia, jest pomocny przy odbudowie bariery hydrolipidowej naszej skóry. Krem na także właściwości przeciwutleniające, co uważam za bardzo wartościowe. Chroni naszą skórę przed działaniem niekorzystnych czynników pochodzących z zewnątrz.

Krem NIE ZAWIERA : parabenów, silikonów, GMO, syntetycznych substancji zapachowych czy barwników.

98% wszystkich składników jest pochodzenia naturalnego
21% wszystkich składników pochodzi z rolnictwa ekologicznego
99% składników roślinnych pochodzenia organicznego

chodzi o aktywne  składniki to są nimi: miętowa woda kwiatowa, gliceryna, masło shea, wyciąg z liści rokitnika, ekstrakt z liści oliwy, puder ryżowy, wosk pszczeli oraz coś, co nazywa się tokoferol i podobno jest przeciwutleniaczem.
BeSave jest marką francuską. Muszę przyznać, że jestem naprawdę zadowolona. Moje pierwsze wrażenie po nałożeniu kremu było zadziwiające. Krem dawał wrażenie jakby liftingu twarzy, takie delikatne ściągnięcie, na początku ten efekt mi przeszkadzał, ale później zaczęłam używać go po wcześniejszym przetarciu cery tonikiem i efekt się już nie pojawia. Krem ma dosyć gęstą konsystencję, trzeba się trochę napracować, aby go równomiernie rozsmarować, ale moim zdaniem nie jest to absolutnie jakiś problem.

Co najbardziej mnie w tym kremie zadziwiło i sprawiło, że go pokochałam, jest to, że mimo, iż jest to krem nawilżający, po nałożeniu wchłania się do matu. Mam przetłuszczającą się cerę, ale nie kupuję kremów matujących czy zwężających pory, bo po prostu w ich działanie nie wierzę. Do tego wszystkie tego typu kremy po prostu zapychają mi pory, co doprowadza do błędnego koła.
Ratuję się więc jedynie muśnięciem, co jakiś czas twarzy jakimś sypkim pudrem. Zresztą tak naprawdę, przy dobrym kremie BB ten problem jest u mnie mniej dokuczliwy.
Zmatowienie cery, które daje ten krem jest dla mnie GENIALNE. Utrzymuje się długo, twarz wygląda pięknie, nie zapycha i do tego nawilża. Stosuje go co dziennie pod makijaż i bardzo dobrze się sprawdza. 
Zapach jest w 100% pochodzenia naturalnego i pochodzi z owoców. Mi osobiście kojarzy się jednak z zapachem otwartej paczki landrynek, takich jakiś kiedyś było pełno w sklepach:)

Jestem na tak, nawet bardzo ;) a czy Wy znacie tę markę i jej produkty? 

Ps. chętnym przypominam o rozdaniu:)

Recenzja nr 1-Olive Oil Masque marki Queen Helene, czyli zaskoczenie razy dwa

Zgodnie z regulaminem akcji poszukiwawczej maseczki idealnej, dziś moja pierwsza recenzja:) Z produktami marki Queen Helene się polubiłam, trochę iż też stosowałam. Tej maseczki jednak nie znałam, a ponieważ akcja okazała się okazją żeby i tę maskę przetestować, wrzuciłam ją do zakupowego koszyka. Właściwe to wrzuciłam 2 sztuki, ale po co, o tym później:)
Maseczka z oliwy z oliwek ma za zadanie przede wszystkim nawilżyć skórę naszej twarzy i szyi. Jak zapewnia producent, ma również poprawić jej elastyczność, ujędrnić oraz poprawić ogólny wygląd skóry, załagodzić istniejące podrażnienia, wygładzić i zmiękczyć skórę. 

Na tubce ( która swoją drogą jak na maseczkę jest ogromna ), jak widać na zdjęciach naklejona jest kartka z polskim tłumaczeniem. Miałam ją odkleić, ale postanowiłam, ze nie będę "niszczyć" opakowania przed wykonaniem zdjęć do recenzji. Więc została. Maseczki ( zanim wreszcie zrobiłam zdjęcia ) używałam kilkakrotnie. Efekt był cudny, skóra faktycznie gładka, bardziej jędrna i miękka. Do tego maseczka pięknie pachnie i to cały czas trzymania jej na skórze, przez co można się rozkoszować jej zapachem:)
Naprawdę ją polubiłam. Do momentu, aż znalazłam chwilę by zrobić zdjęcia. Odkleiłam karteczkę z polską instrukcją i przeczytałam skład ( nie to, że jestem taką gapą:) zazwyczaj robię to przed zakupem, ale ponieważ wszystkie pozostałe produkty Queen Helene, które miałam były okej, nie sprawiłam sobie trudu by zapytać o skład, którego swoją drogą w opisie aukcji nie było). Okazało się, że maseczka zawiera  parafinę i powiem Wam, że już na 2 miejscu w składzie....

Jak już wspominałam, ponieważ byłam wręcz pewna, co do jakości tej maski wzięłam 2 sztuki, jedna dla siebie, drugą na jutrzejsze rozdanie dla Was. No cóż, chcecie czy nie, maseczka już w rozdaniu jest ( tzn. na banerze do rozdania :) który wstawię jutro, więc osoba , która rozdanie wygra będzie mogła sama sprawdzić jej działanie i zdecydować, co z nią dalej zrobić. Ja swoją maskę będę najprawdopodobniej stosować do stóp. Chociaż skóra twarzy była po niej naprawdę ładna....no szkoda.
Cena: ok. 22 zł ( bez przesyłki )
Pojemność: 170 g
klik

Akcja "Szukamy maseczki idealnej" :)

Witajcie;) zostałam dziś zaproszona przez Monnie B. do ciekawej akcji "Szukamy maseczki idealnej". To moja pierwsza akcja, w której biorę udział, a że kiedyś musi być ten pierwszy raz, a i akcja ciekawa, to się przyłączam;) 

Akcja trwa od 19 sierpnia do 29 września. Nie będę przytaczała dokładnie regulaminu, możecie sobie o tym poczytać klikając tu .
Jedną z zasad, jest natomiast wymóg zaproszenia 5 osób do zabawy, a więc:
       1.MartynaL
 3.uljetta
       4.Rudaaa12
         5.czarnulkaa

Oczywiście nie musicie się czuć zobowiązane:P Wszystkie inne zainteresowane dziewczyny także zachęcam do wzięcia udziału w akcji. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, ale kto wie, może uda nam się wspólnie znaleźć maseczkę idealną;)



Biedronkowy łup- żel pod prysznic Mariella Rossi :)

Zaciekawiona ostatnią urodową gazetką Biedronki oraz po przeczytaniu recenzji kilku z Was, postanowiłam udać się do tego sklepu i zobaczyć, co tam ciekawego mają:) Zależało mi głównie na zakupie masełek Nivea, które bardzo lubię, ale niestety akurat ich nie znalazłam ( chyba je wykupiono ).
W moim zakupowym koszyku wylądował więc żel pod prysznic Mariella Rossi o kwiatowym zapachu. Post będzie w sumie krótki, gdyż nie ma tu  dużo do analizowania:) Zacznę więc od zapachu. Faktycznie jest kwiatowy, ale inny niż produkty o zapachu kwiatów, które miałam do tej pory, ten żel pachnie bardziej jak perfumy. Kojarzy mi się z perfumami mojej cioci, nie mogą sobie jednak przypomnieć ich nazwy. Jest dość ciężkawy, ale przypadł mi do gustu bo utrzymuje się na skórze dosyć długo.
Konsystencja dość gęsta,  dobrze się pieni, no i opakowanie posiada pompkę:) uwielbiam produkty z pompką;) Co do samej butelki to, jak widać na zdjęciach ma piękny design. Fiolet, róż, błękit, jest piękna, na półce w łazience wygląda cudnie. Wpadł mi do głowy taki pomysł, aby po wykończeniu żelu, uzupełniać ją mydłem w płynie, aby dłużej została w łazience:)
Dorzucam jeszcze kilka słów od producenta:
Japonia, czyli Kraj Kwitnącej Wiśni, znany jest z utrzymywania własnych tradycji i kultury. Kwiat wiśni w japońskiej kulturze uważany jest za symbol harmonii i równowagi. Nowy żel pod prysznic Mariella Rossi Blossom o zapachu kwiatów, pozwoli Ci znaleźć magiczną oazę dla ciała i duszy. Bogata formuła nawilża skórę przez cały dzień oraz nadaje jej przyjemne uczucie świeżości. Używaj go każdego dnia i pozwól sobie odpłynąć w przyjemną podróż z zapachem tego fantastycznego miejsca”
Pojemność: 600 ml
Cena:9,99
Przytaczając słynne już pytanie- „Czy kupiłabyś ten produkt ponownie?” odpowiadam, tak:) Choć pewnie nie będę miała takiej okazji, nigdzie poza Biedronką się z tą marką nie spotkałam.

Jakie są Wasze Biedronkowe łupy?:)

Panie i panowie, przedstawiam Wam Królową Helenę:)

Dzisiejszy post będzie dotyczył słynnej miętowej maseczki marki Queen Helene. Królowa Helena to marka amerykańska, maseczka Mint Julep Masque jest jedną z bardziej popularnych produktów tej marki.
Jak zapewnia producent maseczka przeznaczona jest do skóry przetłuszczającej się, zanieczyszczonej oraz trądzikowej, ale także posiadaczki innych typów cer mogą ją z powodzeniem stosować, ponieważ maseczka ma działanie oczyszczające, nawilżające i łagodzące.

W skład maseczki wchodzi glinka kaolinowa ( na pierwszym miejscu w składzie ), cynk, gliceryna, czy siarka.
Maseczka ma normalizować działanie gruczołów łojowych, oraz oczyszczać cerę z zaskórników. Na polskiej stonce tej marki, znalazłam również informację, iż maseczka rozluźnia napięcie mięśniowe szyi i twarzy, ciężko mi się jednak do tego odnieść.
Ten produkt Queen Helene naprawdę lubię. Maseczka ma zielonkawy wygląd oraz zapach miętowej pasty do zębów, konsystencja jest jednak inna, bardziej zwarta, gęsta. Po nałożeniu maseczki na całą twarz ( tak ją początkowo stosowałam ) wysycha jak glinka. Faktycznie wygładza i oczyszcza, do tego po takiej miętowej przyjemności nie tylko skóra twarzy jest odświeżona:)
Nie zaobserwowałam jednak jakiegoś większego wpływu po 15 minutach noszenia maski, na niespodzianki w postaci krostek, a na tym mi najbardziej zależało. Zaczęłam więc, maseczkę stosować  jako punktowy specyfik na krostki, które mają się pojawić, bądź te, których chce się szybko pozbyć. Maseczka w takiej roli sprawdza się doskonale. Po nałożeniu punktowo na noc na krostki, rano już niewiele po nich zostaje:p
Do tego przy takim stosowaniu, maseczka starcza na bardzo długi czas. Można ją dostać w dwóch pojemnościach 56, 7 g oraz  227 g. Ja posiadam tę mniejszą, a i tak mam ją już prawie rok:)  O maseczce można  poczytać również  na Wizażu. Opinie są różne, jedni ją uwielbiają, inni nie znoszą, ja skusiłam się na zakup i naprawdę nie żałuję. 

Cena: za 56,7 g - 8, 50 ( bez przesyłki )

Imprezowi ratownicy, czyli jak przetrwać w szpilkach:)

No właśnie, jak?:p.  Dziś kosmetycznie nie będzie,  wybieram się na wesele i o ile makijaż, czy fryzura nie są dla mnie problemem, to moją zmorą są wysokie obcasy ( jak w tym tańczyć?:P). Niestety nie nauczyłam się z gracją chadzać w szpilkach,  nie czuję się w nich zbyt dobrze, no ale są takie sytuacje, kiedy fajnie byłoby szpilki założyć:) Na pewno nie każda kobieta uważa szpilki za obuwie niewygodne ( sama mam przyjaciółkę, która w szpilkach chodzi, jakby się w nich urodziła ) ale dla mnie niestety wygodne nie są i mimo długich poszukiwań nie znalazłam takich, w których mogłabym wytrzymać dłużej niż godzinę bez szkody dla moich stóp. Za to w mojej szafce królują koturny:) je zdecydowanie uwielbiam.
W tym roku bardzo u mnie weselnie, tydzień temu impreza, dziś  kolejne wesele, następne we wrześniu…zakupiłam szpilki (!), a do tego chcąc być zapobiegawcza, do koszyka wrzuciłam także kilka przydatnych rzeczy, dzięki którym jakoś przetrwam :) (mam nadzieję..:p) 
1.) Compeed poduszeczki żelowe, wykonane z miękkiego i przezroczystego silikonu. Jak twierdzi producent, zapewniają ponad 2 razy lepszą amortyzację, po ty, by zmniejszyć dyskomfort odczuwany podczas chodzenia. Poduszeczek można używać wielokrotnie, po ówczesnym oczyszczeniu ( można je podobno prać także w pralce ). Cena:ok 24 złotych. W opakowaniu 2 sztuki. 

2.) Compeed plastry na pęcherze, które naklejamy na piętę. Je używam już od jakiegoś czasu, są bardzo przydatne także podczas treningów biegowych. Ostatnio próbowałam też przyzwyczaić stopę do nowych adidasów i wtedy bardzo mi pomogły. Uśmierzają ból, zmniejszają ucisk obuwia na pęcherz, ale także ochraniają miejsce poniżej ścięgna Achillesa ażeby  powstaniu pęcherza zapobiec. Dobrze się trzymają, są dyskretne i sprawdzają się naprawdę przyzwoicie. Cena: ok. 16 złotych, 5 sztuk w opakowaniu.

3.) Scholl piankowe poduszeczki ochronne na odciski. Mają ochraniać odciski na palcach i przestrzeniach między palcami. Poduszeczki w postaci dwuwarstwowej gąbeczki. Cena: ok. 7 złotych za 9 sztuk.

Duże znaczenie, szczególnie w przypadku gąbeczek Scholla ma umiejętne przyklejenie ich, tak, aby nie odklejały się i nie przesuwały.

Mam nadzieję, że dziś  się sprawdzą:) no i oczywiście, że impreza będzie udana;) 


Naturalna pielęgnacja - woda różana Ikarov

Dziś będzie na temat wody różanej, którą uwielbiamy ( ja i mój N. :)). Woda różana jest produktem cudownym, nie tylko pięknie pachnie, ale posiada również cenne dla skóry właściwości. Wodę uzyskuje się w procesie destylacji płatków róży, ma ona właściwości odświeżające i oczyszczające. Świetnie nadaje się do cery wrażliwej. Nawilża, łagodzi podrażnienia, tonizuje. Przygotowuje skórę do przyjęcia innych kosmetyków.
Działa również dezynfekująco i antybakteryjne, łagodzi stany alergiczne dzięki zawartości olejku różanego. Od jakiegoś czasu wodę różaną stosuje również mój N. Tak, udało mi się go do tego namówić, za co mi potem nieustannie dziękował:) Jego naczynkowa ( zwłaszcza na nosie, przez co czasem wygląda jak renifer Rudolf :p ) i wrażliwa skóra, po rytuale golenia praktycznie zawsze była podrażniona i ściągnięta. 
Wprawdzie używał kremów łagodzących, jednakże nie dawały one jakiegoś oszałamiającego efektu. Natomiast efekt jest zdecydowanie lepszy, kiedy N. najpierw wacikiem nasączonym wodą różaną przeciera twarz, a potem nakłada te swoje męskie kremy:)

Jak zapewnia producent, woda różana świetnie działa również na odbudowę starzejącej się skóry, gdyż poprawia cyrkulację krwi oraz gospodarkę wodną skóry. Woda polecana jest także na zmęczone, opuchnięte oczy. Podobno dobrze sprawdza się także w przypadku zniszczonych i suchych włosów, ja jednak jej na włosy jeszcze nie stosowałam.
Marka Ikarov wypuściła także dwufazowy płyn do demakijażu, w podobnym ślicznym opakowaniu.
Pojemność: 125 ml
Cena: ok. 17 złotych
Okres przydatności: 3 miesiące po otwarciu.

A może któraś z Was stosowała wodę różaną na włosy?

Rozdanie na blogu Gosi:)

Biorę udział w kolejnym rozdaniu;) Rozdanie u Gosi na blogu "Świat recenzji i testów" . Do wygrania mamy 2 zestawy:
- pierwszy składa się z kosmetyków  Avonu,
 -drugi z produktów Babuszki Agafi;) 
Mam nadzieję, że mi się poszczęści:p  

ANGRY BIRDS by Lumene nawilżająco-odżywczy krem do rąk

Dzisiejszy post będzie dotyczył kremu do pielęgnacji rąk marki Lumene. Na początku muszę się przyznać, że tytułowy krem zakupiłam w pierwszej kolejności z powodu jego przyciągającego wzrok opakowania:p Kolejnym powodem mojego wyboru, był ekstrakt z arktycznej jagody, a także to, że kosmetyków marki Lumene wcześniej nie stosowałam. Postanowiłam wrzucić go do zakupowego koszyka i wypróbować:)
Lumene jest fińską marką, w której stosowane są takie, egzotycznie brzmiące rośliny, jak właśnie arktyczna jagoda, czy np. malina moroszka. Seria ANGRY BIRDS, którą marka wypuściła na rynek zawiera także balsam do ciała, żel pod prysznic oraz szampon do włosów. Wszystkie w pięknych kolorowych opakowaniach.

Wybrałam akurat krem do rąk, ponieważ ciągle jestem na etapie poszukiwania  idealnego produktu do pielęgnacji skóry dłoni. Poza tym, byłam bardzo ciekawa właściwości kremu oraz tego, jak pachnie ta arktyczna jagoda?:P
Krem ma bogatą konsystencję, jagodą raczej nie pachnie, natomiast zapach kojarzy mi się ze słodkim zapachem kruchego ciasta:) Nie jest zbyt nachalny, raczej delikatny. Jeżeli chodzi o właściwości pielęgnacyjne to uważam, że są bardzo zadowalające. Krem, jak zapewnia producent ma i nawilżać, i odżywiać. Oprócz ekstraktu z arktycznej jagody, zawiera on również olej ze słodkich migdałów, masło shea alantoinę.  Faktycznie działa lepiej niż większość kremów do rąk, które stosowałam. Dłonie są gładsze, ich skóra jest bardziej elastyczna.  

Jestem naprawdę zadowolona:) Krem dotarł do mnie w ilości 2 sztuk. Jeden z nich na pewno dokończę, drugi przeznaczę na rozdanie, ponieważ zamierzam mimo wszystko, poszukiwać dalej. O tym jednak później:)
Krem nie zawiera parabenów, co jest dla mnie dużym plusem. Mimo, ze cena jest spora, uważam, że warto go wypróbować. Jako pierwszy produkt tej marki w mojej kosmetyczce, zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie:)
Pojemność: 75 ml
Cena: 19,99 ( bez przesyłki )

A czy Wy stosowałyście jakieś produkty marki Lumene? Co o nich myślicie?:)

PharmaCF No36 balsam do stóp intensywnie nawilżający

Dziś chciałabym podzielić się z Wami moim nowym odkryciem kosmetycznym. Mowa o tytułowym balsamie do pielęgnacji stóp, którego producentem jest PharmaCF. Na ten krem wpadałam czystym przypadkiem, chociaż stał w mojej łazience kilka miesięcy, to nie zwracałam na niego większej uwagi. Dlaczego? Ponieważ, za sprawą mojej mamy, której dokucza opuchlizna stóp i kostek, w naszej łazience stoi mnóstwo kremów, maści, balsamów i żeli, które moja mama nagminnie kupuje, ciągle poszukując tego idealnego. Stoją sobie, łapią kurz i nikt nie zwraca na nie większej uwagi.
Ten krem najprawdopodobniej nie przypadł mojej mamie do gustu , ponieważ nie chłodzi ( zazwyczaj ażeby krem był dla niej odpowiedni musi chłodzić i zmniejszać opuchliznę ). Ten krem natomiast, choć na opuchnięte nogi raczej nie zadziała, to na szorstkie, suche i nieciekawie wyglądające już tak.

Sięgnęłam po niego totalnie przypadkiem, wybierając go spośród 10 innych na półce. Moje stopy po treningach nie dość, ze są poobcierane, to tez suche i zdecydowanie potrzebowały natychmiastowego nawilżenia. A, że na opakowaniu można wyczytać, iż balsam nawilża intensywnie, padło właśnie na niego.
No i zaskoczenie spore:) balsam nawilża cudownie, po jednorazowym użyciu stopy wyglądają o niebo lepiej. Balsam zawiera kwasy owocowe AHA, szałwię lekarską i alantoinę. Do tego ekstrakty z cytryny, męczennicy jadalnej oraz brzoskwini. Jak zapewnia producent krem ma poprawić strukturę naskórka, nawilżyć, zmiękczyć i wygładzić. No cóż, wszystko się zgadza:)  Do tego krem podobno kosztował około 5 złotych. Jestem za:)
Jedynym minusem jest to, że krem zawiera parabeny, niestety, gdzieś w środku składu. Pewnie gdybym najpierw przeczytała ulotkę, to bym po niego nie sięgnęła, jednak stało się, tak, że najpierw kremu użyłam, a dopiero potem zaskoczona jego działaniem przeczytałam ulotkę, no i wpadłam, mimo wszystko zamierzam go nadal używać.

Poszperałam i znalazłam, również na Wizażu ten krem cieszy się dobrymi opiniami. 

Pojemność: 100 ml
Cena: ok. 5 złotych 

Rozdanie u Arcy Joko:)

Tak, jak w tytule upolowałam kolejne rozdanie. Tym razem u Arcy Joko. Do wygrania są produkty kosmetyczne, ale tak naprawdę tym co mnie urzekło, jest cudowna opaska z jaskółkami, no po prostu piękna ! :) Szczęście, pamiętaj, liczę na Ciebie:p 


Mila szampon arganowy, wygładzający

Dziś znów włosowo:) Jakiś czas temu pisałam o moim najulubieńszym, pięknie pachnącym olejku marki Mila, o którym więcej możecie poczytać tutaj.
Zachęcona intensywnym karmelowym zapachem, postanowiłam poszperać, czy aby ta marka nie ma więcej takich produktów w swojej ofercie. Znalazłam profesjonalny szampon wygładzający, mający aż 1000 ml. Sama myśl, że może pachnieć równie pięknie jak olejek skusiła mnie do wrzucenia produktu do zakupowego koszyka:)
Szampon przyszedł do mnie z hurtowni fryzjerskiej, z kilkoma próbkami innych szamponów oraz odżywek. Po odkręceniu szamponu niestety nie uderzył mnie karmelowy zapach, a raczej coś w stylu delikatnego kokosa ( a to pech…:) ). Nie żeby zapach był zły, jest naprawdę ładny, ale nie utrzymuje się na włosach tak, jak olejek, kupując go liczyłam na przedłużenie zapachu samego olejku.

Co do właściwości szamponu, to jak zapewnia producent dodatek olejku arganowego ma odżywić i wygładzić włosy, sprawić, że będą się łatwiej układać ( tak faktycznie było ) oraz będą zdrowo błyszczeć ( choć oczywiście nie tak, jak u modelek z reklam...cholercia:p ). Dodatkowo oprócz olejku arganowego, szampon zawiera pantenol, mający nawilżyć nasze włosy, oraz łagodząco wpływać na skórę głowy.
Moim zdaniem, szampon jest ciekawym produktem, faktycznie włosy lepiej się rozczesują, a skóra głowy nie jest podrażniona. W połączeniu z moją odżywką Aussie daje ładny, zdrowy połysk. Szkoda tylko, że szampon nie ma pompki, lubię produkty z tym ustrojstwem, zawsze na dłużej mi wystarczają :)



Pojemność: 1000 ml 
Cena: 19,90 ( bez przesyłki )

Macie jakieś doświadczenie z tą marką? :)

Avon farba do włosów głęboka miedź 8.4

Dzisiejszy post będzie dotyczył farby do włosów marki Avon. Na wstępie muszę jednak zaznaczyć, zaznaczyć, iż NIE UŻYWAM kosmetyków tej marki, oprócz farb do włosów:). Nie jestem w stanie ocenić ich aktualnej jakości, moja niechęć spowodowana jest dawnym incydentem, jeszcze za czasów nastoletnich, z ich tonikiem do cery trądzikowej, który spowodował u mnie ogromny wysyp ( wtedy już zmagałam się z trądzikiem, jednak ten tonik, bardzo mi go wtedy zaostrzył ). Od tego czasu kosmetyków pielęgnacyjnych tej marki nie zamawiam, natomiast nie oznacza to, że ich produkty od tamtego czasu się nie poprawiły. Ja jednak jakoś boję się to sprawdzić.

W każdym razie, jak tylko usłyszałam od koleżanki, która jest konsultantką o tym, że Avon wypuścił serię farb do włosów, skusiłam się ażeby je wypróbować:)

Włosy farbuję na odcienie rudości. Pierwszą farbą jaką w Avonie zakupiłam był odcień jasna miedź 7.4. Farba na poziomie 7 była jednak dla mnie przyciemna, do tego dawała czerwone refleksy co mi się w niej bardzo nie podobało. Jakiś czas później Avon wypuścił farbę w odcieniu głębokiej miedzi 8.4, więc postanowiłam spróbować.
Włosy tym odcieniem farbowałam już 3 razy, jestem zadowolona z odcienia znacznie bardziej niż z jasnej miedzi tej marki. Kolor jest żywy i nie ma aż tylu czerwonych refleksów. Do tego podoba mi się emulsja zabezpieczająca przed farbowaniem ( na zdjęciu saszetka z nr 1 ).

Rudości, jak to rudości szybko się wypłukują, ale to w tej farbie nie jest problemem bo po wypłukaniu zaczyna mi przypominać odcień Mango z loreal, tylko nieco mniej intensywny. W każdym razie uważam, że ta farba jest całkiem ciekawym produktem. Wracam do niej z przyjemnością. Na pewno jej dodatkowym plusem jest również fakt, że naprawdę nie „śmierdzi” zbyt intensywnie, jak to potrafią niektóre farby drogeryjne. Pamiętam do dziś moje zaskoczenie i łzy, wyciśnięte przez jedną z farb w postaci maski. Producent zapewniał o jej delikatnym zapachu, a i owszem przed połączeniem wszystko pachniało pięknie, ale gdy połączyłam emulsje ze sobą, zapach był tak odurzający, że aż wyciskał łzy z oczu….

Kilka zdjęć tego, jak wyglądają włosy po farbowaniu odcieniem głębokiej miedzi 8.4:
Po farbowaniu, z lampą.
Po farbowaniu, bez lampy.
Po miesiącu od farbowania, bez lampy, widoczny jest pomarańczowy
odcień, coś w stylu odcienia Mango.
 Na słońcu efekt jest bardziej widoczny.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty